Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Towerrunning. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Towerrunning. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

Mistrzostwa Europy w Towerruningu - Bratysława

Donaurturm zlaliczone. ZA Tower w Brnie też. Zostało UFO w Bratysławie.
UFO, które zerkało na nas codziennie, od samego rana. Przede wszystkimi widzieliśmy UFO podczas śniadania, przez olbrzymie okna jadalni naszego hotelu. Umieszczone wysoko na moście witało nas, gdy wracaliśmy z kolejnych wyścigów.
Piękna słoneczna niedziela, idealna pogoda na piknik nad pięknym modrym Dunajem. Bo tak faktycznie wyglądał ostatni etap mistrzostw. UFO to spodek umieszony na szczycie pylonu górującego nad potężnym mostem łączącym dwie części miasta: lewą z zamkiem na wzgórzu i starym miastem, prawą bardziej zieloną z rozległymi terenami idealnymi choćby do biegania. 

Woda w Dunaju ma niesamowity kolor:  jest szmaragdowa (na pewno nie modra). Wzdłuż prawego brzegu mnóstwo jest terenów rekreacyjnych. Są parki, plaże, knajpki z tarasami z widokiem na rzekę, są tez knajpki na barkach. Trochę jak w Warszawie, tyle że odniosłam wrażenie, że Bratysława od wielu, wielu lat korzysta z uroków swojej rzeki. My Warszawiacy dopiero od niedawna.

Pod UFO oczywiście też jest „plaża” – Plaz pod Uform, miejsce w stylu Cafe del Mar: fotele, leżaki, Bean bagi, parasole, bar z drinkami, klubowa muzyka i… piękny widok na most i lewy brzeg Dunaju. I w tym właśnie dunajskim „Cafe del mar” usadowiło się biuro zawodów i start. Mimo nerwówki przedstartowej trudno było się oprzeć chilloutowej atmosferze miejsca, tym bardziej, że pogoda boska i obiecywała cudowny widok z góry.


Tradycyjnie musiałam sprawdzić trasę i ten widok, który niewątpliwie jest największą nagroda. Trasa, hmmm… najkrótsza, ale najtrudniejsza. Początek dość przyjemny, bo trzeba przebiec kawałek ścieżką wzdłuż brzegu rzeki, potem pokonać kilka razy po kilka schodów, wbiegając na poszczególne poziomy mostu, by w końcu dostać się do… wnętrza pylonu, który jest po prostu metalową rurą. Na tyle wąską, że schody biegną do góry bardzo stromo i w formie spirali.  Ciemno, duszno, stromo i może się zakręcić w głowie.
Za to widok z góry urzekający. Najpierw dotarłam (oczywiście windą) do restauracji. Dunaj przy słonecznej pogodzie i błękitnym niebie wyglądał jeszcze bardziej… szmaragdowo. A może to „grynszpan” z domieszką Veronese” (wiedza o kolorach pochodzi z Wikipedii). Na pewno nie jest to kolor modry. O naszej Wiśle można jedynie powiedzieć „zgniła zieleń”, albo co najwyżej „oliwkowy”.

Wyścig kończył się na tarasie widokowym na górze. To był chyba najpiękniejszy widok spośród trzech jakie podziwiałam podczas mistrzostw. Wiedeń był może bardziej spektakularny, rozległy i bardziej urozmaicony, bo i City, i parki, ale ta kojąca, szmaragdowa zieleń Dunaju po prostu mnie hipnotyzowała.

Przed zawodami jeszcze konferencja prasowa. Może konferencja prasowa to za wiele powiedziane, bardziej odprawa zawodników. Uczestnicy przytłaczali ilością obecność mediów. Prezes Towerrunning World Association, Sebastian Wurster miał ogłosić ważną informację. Ważną i bardzo ekscytującą. Otóż: Towerruning World Championships 2015 odbędą się w Qatarze, w The Torch Doha. Budowla (nie przychodzi mi do głowy inne określenie) została wzniesiona w 2006 roku, z okazji Asian Games. Ma 1304 stopni i 51 pięter. Oczywiście mieści się tam luksusowy, 5-gwiazdkowy hotel. Czy chciałabym tam pojechać? Głupie pytanie.
Czas na start! Asfaltowa alejka nad Dunajem. Kolejka startujących dziewczyn z kategorii Open. Puszczają nas co 15 sekund. Już się tak nie denerwuję, bo wiem, co mnie czeka. Jest dużo nowych twarzy. Wysportowane dziewczyny, po strojach poznać, co uprawiają na co dzień: jest kombinezon triathlonistki (nie jestem pewna czy to wygodne), stroje do biegania, typowe zestawy fitness. Pewnie sporo mieszkanek Bratysławy zapisało się na ten wyścig z ciekawości i chęci sprawdzenia się w nowej dyscyplinie. Przede mną startuje Martina, 12-letnia córka Włoskich zawodników, która dzielnie towarzyszy rodzicom.

Początek to miła przebieżka po asfalcie, potem parę schodów, asfalt, parę schodów, znowu asfalt… W końcu wbiegam do pylonu. Jak do metalowego schronu. Ciemno, trzy stopnie w dół, nogi nie trafiają w stopnie, potykam się. Za chwilę metalowe, kręte schody. Strome. Trafiam w najwięższą część stopnia i stopa się obsuwa. Plączą się nogi. Podtrzymuję się poręczy, żeby nie skręcić kostki. Nie łatwy początek. Trzeba wyczuć schody i wiedzieć, gdzie trafiać stopą i w końcu złapać rytm. Jakość zaczynam rytmicznie maszerować jednocześnie podciągam się na poręczach. Jest tak wąsko, że można trzymać się obiema rękami. Dogoniłam Martinę. Dziewczynka ustępuje mi drogi, czekając z boku. Z wdzięczności dziękuję jej po włosku. Ta sytuacja jakoś dodaje mi energii i zaczynam szybciej maszerować. Docieram na górę na trzęsących się nogach, z ogromnym kaszlem i bólem tchawicy. Tak już chyba musi być.
Na górze euforia ze szczęścia, że koniec. I ten cudny widok ze szmaragdowym Dunajem. To pewnie endorfiny. Zwykle zaczynają działać koło 5 km biegu. Ale tu jest dużo bardziej intensywny wysiłek. I ten cudowny widok na końcu. Może jednak zacznę trenować bieganie po schodach?

Pamiątkowe zdjęcie i znowu szkoda mi zjechać. Chętnie bym tam została, ale platforma widokowa na szczycie UFO ma ograniczoną powierzchnię i trzeba zrobić miejsce dla następnych zawodniczek i zawodników. Ale wcale nie trzeba windą. Dota odkryła inny sposób. Można było wyskoczyć przez okno restauracji i zjechać po linie (zip-line) w dół. No ba! Kto tego nie spróbuje!

Wypełniłam wniosek, podpisałam oświadczenie, panowie obsługujący tę atrakcję pozapinali mnie w różne uprzęże, wyprowadzili na parapet, skąd rozciągał się widok na Dunaj, miasto i okolice. Skoczyłam! Spadłam parę metrów w dół po czym już spokojnie zaczęłam zjeżdżać w dół, zawieszona pomiędzy błękitnym niebem i szmaragdowym Dunajem. To dopiero była nagroda za wspinaczkę na metalowe schody! Spora część naszej ekipy skorzystała z takiej formy „zejścia” w dół.
Na dole już tylko chillout w naddunajskiej „Cafe del Mar”, oczekiwanie na start elity i dekorację. I znowu niespodzianka dla naszej blogerskiej paczki. Daniel Karolkiewicz, który osiągnął takie wyniki, że deklasował większość z Elity, został przesunięty tam gdzie jego miejsce, czyli do... Elity. Trochę był niepocieszony bo ominęła go dekoracja w kategorii open – byłby drugi. Ale w Wiedniu i Brnie był tak dobry, że teraz ma prawo ścigać się z tylko Elitą. Daniel! Doha czeka!

Wyniki nie były dla nas niespodzianką. Drużyna 4Flex w czołówce. Mistrzem Europy został Piotr Łobodziński. Bartosz Świątkowski był czwarty w klasyfikacji. W śród kobiet wygrała Austriaczka, Andrea Meyr. Nasza Dominika Wiśniewska-Ulfik była czwarta. Gratulacje.
Ogłoszenie wyników i dekoracja odbyły się z wielką pompą. Był oczywiście był Mazurek Dąbrowskiego. Nigdy nie byłam tak wzruszona słysząc nasz hymn. Może dlatego, że poznałam osobiście Piotra Łobodzińskiego i biegałam to po tych samych chodach. Śpiewałam hymn razem z Piotrem i miałam łzy w oczach. Na koniec trysnął szampan, poleciało kolorowe confetti, były zdjęcia pamiątkowe na podium, i z flagą.
My, blogerzy też mieliśmy swoje małe sukcesy. Daniel dostał się do Elity. Dota pokonała mnie w Wiedniu i była trzecia w kategorii Open. Ja stanęłam na pudle w Brnie (z racji słusznego wieku). Wielka przygoda.

Podsumowanie? Ogromne emocje. Niezapomniane widoki. Wspaniałe towarzystwo i dużo dobrej zabawy również po zawodach. Jeszcze większe grono zaprzyjaźnionych biegaczek i biegaczy freaków. I zero zakwasów. Dyscyplina ciągle niszowa, ale przez zaangażowanie i pozytywne zakręcenie organizatorów i uczestników sprawia, że udział w zawodach (nawet jako amator) to wielka przygoda.  

Czy to będzie moja nowa dyscyplina? Nie wiem, ale trening na schodach (zamiast podbiegów na Agrykoli) chyba nie zaszkodzi. Dziękuję marce 4Flex, za możliwość poznania nowej dyscypliny.




wtorek, 24 czerwca 2014

Mistrzostwa Europy w Towerruningu - Brno


Drugi dzień zawodów: Brno. Budynek AZ Tower: 30-piętrowy biurowiec, 111 metrów i 700 stopni do pokonania. Budynek mieścił się w „biznesowej” części miasta. Taki trochę Przemysłowy Służewiec w Warszawie, z tym że 15 lat wcześniej. Bloczysko wyglądało bardzo okazałe, na tle otoczenia. I całkiem ładnie. Oddany do użytku całkiem niedawno. Gdy weszliśmy do środka, czuło się zapach świeżego tynku, było czysto i jasno.

Ja oczywiście byłam ciekawa „trasy” i tego co czekało nas na szczycie. A czekała mała niespodzianka. Bieg zaczynał się w holu biurowca, klasycznymi schodami o stopniach przystosowanych do wchodzenia na obcasach – to w końcu biurowiec. 
Dalej wbiegało się do klatki schodowej. Bardzo cywilizowanej: jasnej, z oknami i schodami, o stopniach standardowych rozmiarów. Można było wbiegać po dwa stopnie, jeśli mówimy o bieganiu. Niestety schody standardowo-klatkowe, czyli dość szerokie i nie było możliwości podciągania się dwoma rękami.

Na trzydziestym piętrze niespodzianka: wybiegamy na dach i wbiegamy do ażurowej, metalowej klatki. Dalsze kilka pięter trzeba kontynuować w tej właśnie drucianej klatce, żeby na koniec stanąć jej na szczycie i podziwiać widok na Brno i okolice. Ciekawie. Bardzo podobała mi się ta metalowa konstrukcja, mimo że, schody były bardzo strome. Generalnie „trasa” wydała mi się dużo bardziej przyjazna niż wczorajsza wieża radiowa.
Na dole przybywało zawodników. Rozstawiał się sprzęt pomiarowy, monitory, bramki. Grał dj. Mieliśmy dość komfortowe warunki: duży hol w biurowcu, cywilizowane toalety zamiast tojtojek i niewiele ludzi, bo przecież była sobota, wiec biurowiec pusty.

Jako kobieta i do tego amatorka znowu wystartowałam prawie na początku. Wbiegłam na schody w holu, dobiegłam do klatki schodowej i zaczęłam w biegać po dwa schody. 
Niestety nogi odmówiły posłuszeństwa bardzo szybko, gdzieś w okolicach czwartego piętra – pewnie dlatego, że ja mieszkam właśnie na czwartym piętrze bez windy i moje nogi tylko do takiej wysokości zwykły biegać. Zaczęłam iść. Pod dwa schody. Tutaj nie wciągałam się po poręczy, ale pomagałam sobie ramionami, wymachując nimi energicznie.

Ponieważ klatka była przestronna, na niektórych piętrach stali kibice. Pewnie zawodnicy czekający na start, albo znajomi startujących. Na 27 piętrze – do tego miejsca dochodziła winda – ujrzałam Prezesa Towerruning World Association, który robił zdjęcia. Zabawny człowiek, nieuprawiający żadnych sportów, niemniej ogromnie zaangażowany w pracę w TWA, w szczególności w analizowanie wyników startujących zawodników. Wielbiciel arkuszy kalkulacyjnych i Excela. 

Mimo okien i przestrzeni było duszno, sucho i trudno się oddychało. Wybiegnięcie na dach i świeże powietrze na 30-tym piętrze przyniosło wielka ulgę. Zostało już kilka pięter. Wprawdzie schody były okrutnie strome i pierwszy flajt pokonałam niemalże na czworakach podpierając się dłońmi na stopniach, które miałam tuż przed swoim nosem, ale świeży powiew wiatru i widok mety prześwitującej przez ażurową konstrukcję, wynagradzał trud. Dobiegłam, a właściwie doszłam. Stanęłam szczęśliwa na szczycie drucianej klatki, pod błękitnym niebem, podziwiając piękny widok w koło. Oczywiście kaszlałam. I oczywiście nogi drżały. 

Trochę szkoda było mi schodzić, ale trzeba było ustąpić miejsca kolejnym zawodnikom. Taras na metalowej konstrukcji miał ograniczoną powierzchnię. Po wbiegnięciu grupki zawodników sprowadzono nas do windy i wróciłam na dół. Znów miałam wszystko za sobą. Mogłam kibicować kolegom i robić zdjęcia. I tym razem nasz Daniel wyprzedził ponad połowę elity i znalazł się na 19 pozycji, a drugi w kategorii Open.

Po naszych „amatorskich” startach chłopaki: Hubert, Daniel i Piotr wpadli na szalony pomysł: żeby wystartować w półmaratonie w Brnie. Podczas 5km rozgrzewki (rozgrzewki!) dobiegli do starego miasta i odkryli, że w mieście sporo się dzieje: mają być jakieś wyścigi, a na pewno półmaraton. No, cóż, kibicowanie zawodnikom biegającym po schodach jest mało ekscytujące. A to dlatego, że zobaczyć można start i potem jedynie na monitorach obserwować wyniki oraz migawki z trasy i mety – na mecie ustawiona była kamera.

Pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że ten maraton to w rzeczywistości wyścig na rowerach retro. W mieście odbywały się różne imprezy w klimacie retro. Na placu Namesti Svobody stały stare tramwaje i autobusy. Przechadzali się ludzie w kostiumach z przed pierwszej wojny światowej (chyba). Przy okazji zaczailiśmy się pod McDonaldem, by skorzystać z darmowego wi-fi i wrzucić trochę newsów na Facebooka. I zobaczyliśmy kawałeczek Brna.

Zdążyliśmy wrócić przed dekoracją zawodników. Oczywiście wygrał Piotr Łobodziński z teamu 4Flex. Bartosz Świątkowski ukończył jako piąty, ale w swojej kategorii wiekowej stanął na pudle tuż za Piotrem. Dominika Wiśniewska Ulfik była piąta.

I jeszcze jedna niespodzianka. Dla mnie. Tym razem struktura wiekowa zawodniczek była na tyle korzystna dla mnie, że załapałam się na trzecie miejsce w kategorii wiekowej: 40-49. I znalazłam się na podium. Co za przeżycie! Trzęsły mi się ręce z wrażenia. I co najważniejsze! Stałam na pudle obok „Królowej Towerrunningu” Suzy Walsham, trzykrotnej mistrzyni świata z Australii. Wielki zaszczyt.

Może jednak zacznę trenować bieganie po schodach…

Mistrzostwa Europy w Towerruningu - Wiedeń

Mamy coraz więcej dyscyplin sportowych, do których nie potrzeba pięknych okoliczności przyrody, ani drogich stadionów. Jest coraz więcej sportów uprawianych w „dżungli miejskiej”, wykorzystujących najnowsze osiągnięcia architektoniczne. Na przykład Towerruning – czyli bieganie po schodach na najwyższe budynki. Co roku na świecie rozgrywa się ponad 200 wyścigów w klatkach schodowych. Między innymi w Warszawie rozegrały się już 4 edycje biegu na Rondo 1, rozgrywanego jako Grand Prix of Poland w ramach Towerruning World Cup 2014.
W ostatni weekend (20-22 czerwca) rozegrał się turniej w ramach Mistrzostw Europy w Towerrunningu. Trzy wyścigi, trzy różne budynki, w trzech różnych miastach, w trzech różnych krajach. W piątek 779 stopni na Danube Tower (Wieża Dunajska) w Wiedniu. W sobotę  AZ Tower w Brnie, 30-to piętrowy, najwyższy budynek w Republice Czeskiej, w niedzielę 430 stopni do UFO Tower w Bratysławie. 

Dzięki marce 4Flex, która jest sponsorem dwóch polskich zawodników: Piotra Łobodzińskiego i Bartosza Świątkowskiego startujących w Mistrzostwach Europy, również znalazłam się na liście startowej. Ruszyliśmy w czwartek rano mocną ekipą blogerów-biegaczy, czyli ja, Dota Szymborska (OnEginEtaTopa), Hubert Mohamed Kred (Amator Runner Hubert Kred), Daniel Karolkiewicz z Entre.pl (Duny Run blog biegowy), Piotr Cypriański z NewBalance.pl Team oraz ekipa Sport Evolution: Kamila, Piotr i Darek. 

Cel podróży: Bratysława, gdzie była nasza baza noclegowa i skąd dojeżdżaliśmy na zawody do Brna i Wiednia. Urocza Bratysława, położona nad pięknym modrym Dunajem. Nad rzeką rozciąga się ogromy most, zwieńczony potężnym pylonem, na którego szczycie umieszczono okrągły spodek przypominający UFO. Taki oto widok przywitał nas gdy dotarliśmy wczesnym wieczorem. UFO miało być miejscem ostatniego wyścigu. Obiekt może nie tak bardzo wysoki, ale wąskie podpory pylonu trochę przerażały, gdy wyobraziłam sobie wnętrze jednej z nich jako trasę biegu. 

Pierwszy wyścig zaplanowano w Wiedniu w Donauturm – Dunajskiej wieży radiowo-telekomunikacyjnej, w piątek o godzinie 18. Wieża została zbudowana w latach 60. z okazji Międzynarodowej Wystawy Ogrodów. W owym czasie była to najwyższa żelbetonowa konstrukcja w Europie. 

Ruszyliśmy rano, zaraz po śniadaniu. Do celu dotarliśmy dość szybko, zatem było całkiem sporo czasu na poszwendanie się po wiedeńskiej starówce. Przepięknej i pełnej turystów, również polskich. Były seflie, polowanie na darmowe wi-fi. Niektórzy skonsumowali wiener schnitzel, niektórzy szklaneczkę spritzera. 

Koło 15 przetransportowaliśmy się na Wyspę Dunajską pod Donauturm. Wysoka budowla z lat 60. robiła wrażenie. Jeszcze większe wrażenie robiły jej wnętrzności: wysoka klatka schodowa bez okien i metalowe schody ze stromymi, wysokim stopniami. Ponury widok. Spróbowałam wbiec na schody i jakoś nie wydało mi się możliwe, że mogę biec nimi 30 pięter na samą górą.  
Wjechaliśmy na górę windą, w niepełnym składzie. Niektórzy się obawiali, niektórzy chcieli sobie zachować piękny widok na koniec jako niespodziankę.  A było co zostawiać. Z góry rozciągał się cudowny, zapierający dech w piersiach widok na przeogromne, zielone tereny Wyspy Dunajskiej, Dunajskie Centrum Biznesowe, Dunaj i kanał Dunajski, cały Wiedeń, okoliczne wzgórza i w końcu na horyzoncie Alpy. 

Na dole przybywało zawodników. Przybyła, jako gość specjalny, Australijka Suzy Walsham, The Queen of Towerrunning, trzykrotna zwyciężczyni Towerrunning World Cup. Poznałam naszych faworytów: Piotra Łobodzińskiego i Bartosza Świątkowskiego z 4Flex Team. Atmosfera była dość swobodna, wręcz piknikowa: zawodnicy leżeli na trawie, grała muzyka, pod namiotem stała czerwona wanna (tak, łazienkowa wanna z nóżkami) wypełniona lodem i napojami , w tym również piwem. Większość zawodników znała się z innych imprez. To dyscyplina raczej niszowa i popularyzowana dzięki zajawce grupy zapaleńców, którym po prostu zależy na dobrej zabawie w zaprzyjaźnionym gronie.

Zawodnicy startowali w dwóch kategoriach: Elita, czyli „wyczynowcy”, w tym nasi faworyci z 4Flex Team, oraz w kategorii Open , czyli amatorzy, w tym my blogerzy i ekipa Sport Evolution. Wyścig zaczynała kategoria Open, następnie Elita, przy czym faworyt wyścigu (nasz Piotr Łobodziński) biegł jako ostatni.  Amatorzy mieli biec w odstępach 15 sekundowych, co oznacza, że mogli poszturchiwać się na schodach, jeśli słabszy nie chciałby puścić szybszego. Elita miała biec co 30 sekund i w tym przypadku raczej nie było szans na wyprzedzanie – zawodnicy mogli skupić się na walce z własnym zmęczeniem.

Ja i Dota startowałyśmy na początku. I dobrze, bo stres się pojawił. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Czy dam radę biec? Jak długo? Kiedy mi nogi wysiądą? Jak rozłożyć siły? Czy w ogóle się przejmować, skoro to mój debiut i biegnę kompletnie bez przygotowania.
Wystartowałam. Wbiegłam na schody i po kilku sekundach zobaczyłam wchodzące przed sobą zawodniczki. Tak, szły nie biegły. Więc też postanowiłam iść. Ale robiłam to dość żwawo, co drugi stopień, pomagając sobie rękami i wciągając się po poręczy, że w końcu wyprzedziłam kilka zawodniczek. Było dość ciemno. Metalowe schody hałasowały w charakterystyczny sposób. Zawodniczki głośno dyszały, niektóre kaszlały. Ja pewnie też dyszałam, bo bardzo ciężko się oddychało. Było duszno, czułam w ustach się kurz i metaliczny posmak. Sztuczne światło w betonowym „kominie” było dość przygnębiające. 

Czułam się jak w thrillerze, w ucieczce przed jakimiś Zombie. Każdy flajt schodów był numerowany od 1 do 60, co odpowiadało 30 piętrom i strasznie się dłużyło. Około 10 piętra poczułam, że lekko odcina mi nogi. Zwolniłam, ale nie zatrzymywałam się. W końcu dojrzałam pod sobą Dotę. Doganiała mnie. 

To nie był przyjemny wyścig. Pomyślałam sobie, co to za dziwna dyscyplina? Nie lepiej biegać na świeżym powietrzu? W lesie? W parku? Czy choćby w mieście, ale na powietrzu? Jednak zaletą tego wyścigu jest fakt, że nie twa on długo. Po niespełna siedmiu i pół minutach byłam na górze. Wybiegłam z betonowego lochu i znalazłam się w przyjaznym otoczeniu, gdzie była jasna podłoga i dzienne światło. Nogi mi drżały. Czułam piekący ból w tchawicy sięgający aż do płuc. Nie mogłam złapać oddechu. I nie mogłam przestać kaszleć. Ale już było po wszystkim. Dostałam wodę. Mogłam podziwiać cudowny widok. Po 10 minutach nogi przestały drżeć i zaczęły normalnie działać. I tyle tego wysiłku. 

Finisz Elity był spektakularny. Stałam na górze osłupiała, patrząc jak po kolei wpadają na metę i następnie padają na ziemię, jakby im ktoś podcinał nogi. Wpadali co 15 sekund i ratownicy medyczni musieli ich usuwać, dosłownie przeciągać po podłodze, żeby następni mieli gdzie paść. Bo wszyscy padali i ładnych kilka minut nie byli wstanie się podnieść. Niektórzy wymiotowali. To chyba normalne po takim wyczynie.  Po kilku minutach zalegania wstawali na nogi i wracali do siebie.  To chyba sporo mówi o wysiłku. Nie jestem pewna czy sama byłabym wstanie tyle z siebie dać.

Wiedeński wyścig wygrał Piotr Łobodziński, z czasem 3:26:85. Mnie zajęło to ponad 2 razy dłużej. Daniel wbiegł ze znakomitym wynikiem (4:04:13) wyprzedzając, jak się potem okazało, ponad połowę zawodników z Elity. Wśród kobiet najszybsza była Adrea Meyr, ultra szczupła Austriaczka. Nasza Polka, Dominika Wiśniewska-Ulfik była czwarta. Dota była 5 sekund lepsze ode mnie. 

Po dekoracji zawodników przeszliśmy na bankiet w restauracji na szczycie  wieży. Wtedy zrozumiałam dlaczego zawody zaplanowano na godzinę 18. Do stołów zasiedliśmy koło 22 i ujrzeliśmy pełną świateł wieczorną panoramę  Wiednia. A to zupełnie nowe doznanie. Przy okazji odkryliśmy ze zdziwieniem, że okrągła restauracja obraca się wokół własnej osi i w czasie nawet niezbyt długiego posiłku można podziwiać całą panoramę Wiednia nie ruszając się od stołu.